Między ogniem i... tajfunem
M/s 'Pekin' był najmniejszym z 20 naszych motorowców typu B-54. W 1973 roku odbył wielki rejs dookoła świata. Jako jeden z czterech polskich statków typu B-54 otrzymał - obok 'Djakarty', 'Hanoi' i 'Phenianu' - imię (nie byle jakiej) dalekowschodniej stolicy.
Na polskim motorowcu 'Pekin' o nośności prawie 10.000 DWT wybuchł podczas jego dziesiątej podróży eksploatacyjnej pożar juty.
W Bangkoku na pokład statku przyjęto 130 bawołów. Zwierzęta nie były bynajmniej spokojnymi pasażerami i załoga odetchnęła z prawdziwą ulgą, gdy wreszcie (ósmego października 1964 roku) motorowiec zawinął do portu w Hong-Kongu. Tam pod burtę statku holowniki podprowadziły lichtugi, na które wysadzono bawoły. Wyładunek zwierząt jeszcze trwał, gdy przystąpiono również do wyładunku juty.
Kapitan statku siedział właśnie przy obiedzie, gdy usłyszał niezwykły hałas na pokładzie - tupot biegnących ludzi i okrzyki 'pożar, pożar!' Natychmiast udał się na pokład i - widząc kłęby dymu - polecił ogłosić alarm pożarowy; w części rufowej, w pobliżu otwartej czwartej ładowni, zebrali się gapie i robotnicy portowi, bezradnie przyglądając się ogniowi. Jedynie polscy marynarze nie potracili głów i natychmiast ruszyli do akcji gaśniczej. W ładowni jednak pożar szalał już na dobre. Było tam parę tysięcy bel pakistańskiej juty. Ładownia, w której powstał pożar, sąsiadowała z maszynownią. Pojawiły się dramatyczne pytania: od kiedy płonie ładunek? Jaka jest temperatura w ładowni? Jak mocno rozgrzał się szot, za którym są zbiorniki paliwa? I najważniejsze: czy będzie można pozostać na płonącym statku, czy pożar może zagrozić ludziom? A może lepiej opuścić pokład i pozostawić walkę z ogniem portowej straży ogniowej? Wszystkie te myśli kłębiły się w głowie Kapitana, który w końcu zdecydował się walczyć z pożarem i nie schodzić ze statku.
Zaalarmowani członkowie załogi zajęli swoje stanowiska manewrowe. Rozwinięto węże, pobrano aparaty tlenowe i gaśnice. Na płonący ładunek runęły z góry strumienie wody. Drugi oficer wraz z kilkoma marynarzami zeszli na międzypokład, jednak nie dało się wytrzymać tam zbyt długo: temperatura, dym i para, buchająca z zalewanych wodą bel juty - wkrótce zmusiły ludzi do ucieczki. Kapitan zdał sobie sprawę z tego, że samą wodą tego pożaru nie da się ugasić. Polecił uruchomić instalację CO2. Szybko uszczelniono czwartą ładownię: zamknięto pokrywę luku, zatkano wszelkie nawiewniki, szpary i otwory, po czym pod ciśnieniem wtłoczono do środka dwutlenek węgla. Równocześnie stale nadzorowano sąsiednią ładownię oraz maszynownię, zraszając wodą stalowe ściany.
W tym czasie na pokład statku przybyła straż ogniowa z portu. Ładunek płonął już od dobrych paru godzin. Po południu komendant oddziału portowej straży ogniowej zdecydował się na otwarcie ładowni. Jęzory ognia natychmiast trysnęły na zewnątrz. Pożar rozszalał się z nową siłą. W swej walce z ogniem strażacy z Hong-Kongu bardziej, niż na nowoczesnej technice - polegali na wodzie. Na 'Pekinie' zaczęła się prawdziwa 'wodna batalia'. Wkrótce strażacy przekonali się, że są bezradni, wobec czego ładownię znowu uszczelniono i do środka jeszcze raz wpuszczono dwutlenek węgla.
Tak nastał pożaru dzień drugi. Na pokład płonącego drobnicowca przybyło kierownictwo portowej straży ogniowej Hong-Kongu, przynosząc załodze statku groźnie brzmiącą wiadomość o nadciągającym tajfunie. Szef straży polecił ponownie otworzyć czwartą ładownię i na płonący ładunek ponownie runęła woda.
Jak gdyby tego nie było dość - na wieży sygnałowej kapitanatu portu podniesiono 'sygnał sztormowy nr 3'. Wszystkim mniejszym jednostkom zabroniono poruszania się po wodach portowych; wokół zamarł wszelki ruch. Nad Morzem Południowochińskim szalał tajfun 'Dorothy', zbliżając się do Hong-Kongu. Strażacy portowi opuścili polski statek, a jednostki gaśnicze schroniły się w osłoniętych miejscach. Na pokładzie 'Pekinu' wiedziano, że po ewentualnym opuszczeniu statku ogień na pewno wymknie się spod kontroli, burty i szoty rozpalą się do czerwoności i drobnicowiec trzeba będzie w końcu spisać na straty. Przez cały czas trzeba było obserwować i polewać wodą kadłub statku.
Minęła kolejna doba pożaru. Co pół godziny mierzono temperaturę w pomieszczeniach przylegających do czwartej ładowni. Rano członkowie załogi frachtowca usłyszeli armatni wystrzał. Był to 'sygnał sztormowy nr 10' - oznaczający, że cały obszar portu znajduje się we władaniu i na łasce tajfunu. Z nieba lały się potoki wody, szalał wicher; przez pokład płonącego drobnicowca co jakiś czas przewalały się bałwany. Woda wdzierała się w najmniejsze nawet otwory, szpary i nawiewniki, sączyła się przez bulaje. Wicher i deszcz spłukiwały z burt statku spaloną farbę; ściana wodna zmniejszyła widzialność niemal do zera. Wiatromierz wskazywał 45 m/s; znaczyło to, że przekroczony został dwunasty stopień skali Beauforta. Kotwice nie trzymały już statku; 'Pekin' zaczął niebezpiecznie dryfować, zagroziło mu nawet zatonięcie. Na drobnicowcu uruchomiono silnik, który mimo pracy 'całą naprzód' z najwyższym trudem utrzymywał kadłub statku pod wiatr. Tak minęły pożaru dwa kolejne dni. Ogień wciąż szalał; sztorm całkowicie wyssał z płonącej ładowni dwutlenek węgla i płomienie oraz dym znowu wydostawały się na zewnątrz. [...]
W końcu 'Dorota' pozostawiła Hong-Kong za sobą. Na pokład 'Pekinu' powrócili strażacy.
Nadszedł pożaru dzień szósty. Dawno zużyto zapas dwutlenku węgla. Strażacy nie dawali za wygraną, choć woda zupełnie nie pomagała stłumić trawiącego statek ognia. Wreszcie postanowiono zatopić ładownię z płonącą w niej jutą. Kapitan motorowca próbował oponować i wyjaśniał, że taki krok może doprowadzić nawet do przełamania się kadłuba statku na dwie części. Cała nadzieja był w pianie, lecz na pokładzie 'Pekinu' nie było zbyt wiele środka pianotwórczego.
Strażacy dostali się do ładowni przez otwór wielkości człowieka. Najpierw należało sprzątnąć leżące na belach juty worki z orzechami. Po pewnym czasie ludzie musieli się wycofać - praca w rozpalonej ładowni szybko wyczerpywała nawet najwytrwalszych.
Teraz do akcji znów wkroczyli członkowie załogi 'Pekinu'. Zeszli w aparatach tlenowych do ładowni, za nimi ruszyli portowi strażacy. Ciężki bój w zamkniętej i uszczelnionej ładowni, podczas którego płonące bele juty gaszono pianą, trwał cały dzień i noc. Zwęglone z wierzchu bele juty powyciągano z ładowni na pokład. Odblask ognia nad drobnicowcem pojawiał się jeszcze kilkakrotnie, były to już jednak pojedyncze ogniska pożaru. Wielka bitwa z ogniem zakończyła się powodzeniem, a wieczorem przystąpiono, pod nadzorem strażaków, do wyładunku pozostałych bel juty na zacumowane u burt motorowca lichtugi. Długi tydzień na płonącym statku dobiegł końca.
Po wszystkim szef oddziału portowej straży ogniowej Hong-Kongu nie bez podziwu oświadczył dzielnej załodze polskiego statku: - 'Coś takiego widzę po raz pierwszy w mej karierze! Zwykle załoga opuszcza płonący statek, lokuje się w hotelu i czeka, aż portowa straż ogniowa upora się z ogniem, a Wy - proszę!...'
WOJCIECH WACHNIEWSKI
Zdjęcie: https://www.plo.com.pl/index.php?language=pl§ion=0&subsection=0&item=434&title=Pekin&code=ship&page=0